Aktualności

9.01 kino Luna: “Bułgaria – poza szlakiem”

Zapraszamy w czwartek, 9 stycznia o godz. 19.00 na pokaz slajdów Pameli Kaczmarek pt.: “Bułgaria – poza szlakiem”. Pokaz odbędzie się w ramach VII edycji spotkań podróżniczych In Mundo. Odkrywaj z nami świat, kino Luna, ul. Marszałkowska 28, Warszawa, bilet wstępu na pokaz: 18 zł. KUP BILET

Slackline  to chodzenie po wąskiej elastycznej taśmie zawieszonej między dwoma punktami. Highline – to samo, tyle że na wysokości, najlepiej w górach. W poszukiwaniu miejsc nadających się do zamontowania taśmy Krzysztof Kaczmarek od lat jeździ w rzadko odwiedzane rejony Bułgarii, w której zakochał się dawno temu. Jak dotąd przeszedł tam już ponad setkę highline’ów (najwyższy na wysokości 120 m), m.in. nad górską przepaścią, wodospadem, pozostałościami po trackiej świątyni, a nawet w jaskini. Na wyprawy zabiera córkę, która nie tylko pomaga mu w przygotowaniach do kolejnych przejść, lecz w górskich wioskach, gdzie docierają, poszukuje opowieści i legend oraz stara się poznać tradycje wciąż mocno izolowanych społeczności zamieszkujących Rodopy i Starą Płaninę. Podróżniczy duet otrzymał Nagrodę Dziennikarzy oraz Wyróżnienie w kategorii Podróże na XXI Ogólnopolskim Spotkaniu Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów „KOLOSY” (za rok) 2018.

 

High life po czterdziestce, Krzysiek

32 lata temu w Bułgarii postawiłem pierwsze kroki w grotołażeniu i wspinaczce. Pasje, dzięki którym odkryłem piękno tego zakątka Bałkanów. 10 lat temu, już w Polsce, poznałem nowy sport – slackline, który polega na chodzeniu po wąskiej elastycznej taśmie zawieszonej między dwoma punktami. Z początku był to dla mnie ciekawy dodatek do wspinania. Aż natrafiłem w internecie na filmik z moim idolem Deanem Potterem, który przechodzi slacka na wysokości 880m w Yosemite. Stwierdziłem – TRUDNO, z czterdziestką na karku mistrzem nie będę, ale spróbować nie zaszkodzi. Był rok 2010. Wtedy już dawno uporałem się ze 125m taśmą na ziemi i pragnąłem przejść mojego pierwszego slacka na wysokości. Wróciłem w skały z lat młodości w górach Rodopy. Na ich szczycie na wysokości 40m obiłem (bazując tylko i wyłącznie na doświadczeniu wspinaczkowym) i zawiesiłem mojego pierwszego highline’a. Długość 25m. Nad ziemią taki „slaczek” to był pikuś! Wspinam się też od tylu lat i z lękiem wysokości problemów nie mam. Jednak gdy usiadłem wtedy po raz pierwszy na higline’ie – sparaliżowało mnie. Nie byłem w stanie oderwać czterech liter. Dotarło do mnie, że highline to dziedzina, w której nie tyko mierzysz się z umiejętnościami i wysokością, lecz przede wszystkim z lękiem przestrzeni i zaufaniem do zainstalowanego przez siebie systemu. Mimo porażki, nie poddałem się. Wróciłem w to samo miejsce za rok i udało się. Moje pierwsze przejście taśmy na wysokości. Od tamtej pory zamontowałem i przeszedłem w Bułgarii 110 highline’ów. Każdy z nich wymagał znalezienia odpowiedniego miejsca, obmyślenia instalacji, wniesienia 40kg plecaka sprzętu w trudnodostępne górskie rejony czy wspięcia się z nim po skalnych igłach. Nagrodą jest piękno przestrzeni, nad którą mogę stąpać – wnętrza jaskiń, wodospady, górskie szczyty, zagadkowe formacje skalne czy pozostałości po trackich świątyniach. Podczas montażu taśmy jednym z moich priorytetów jest ochrona przyrody lub danego obiektu, dlatego stosuję wyjmowane bolty bądź naturalne stanowiska (np. obwiązuję formacje skalną zawiesiem lub w szczeliny wkładam friendy).

Poza szlakiem, Pamela

Przejście highline’a zajmuje tacie kilka minut. Przygotowanie – od kilku dni do paru tygodni. To co dzieje się w tym czasie stanowi dla mnie najwyższą wartość podróżniczą i kulturową. Sukces sportowy, który dokumentuję fotograficznie lub filmowo, jest tak naprawdę wisienką na torcie niezwykłego doświadczenia. Wszystko zaczyna się od przeglądania z Koszmarkiem (tak wszyscy wołają na mojego tatę ;)) zdjęć satelitarnych Bułgarii w poszukiwaniu skał. Wynajdujemy cel i jedziemy w jego okolice. Tak trafiamy do górskich wiosek, w których czas zatrzymał się dawno temu. Często są to miejsca zamieszkane przez mniejszości – Turków (ich przodkowie na rozkaz sułtana zostali przesiedleni na tereny Bułgarii), czy bułgarskich muzułmanów (tradycyjna społeczność, która za czasów Imperium Osmańskiego przejęła islam. Bułgarzy decydowali się na zmianę wiary m.in. by zachować życie i poprawić los swojej rodziny. Dzisiaj bułgarscy muzułmanie tworzą zamknięte społeczności, które bardzo mocno są osadzone w kulturze ludowej. Zamieszkują wysokogórskie wioski, trudnią się uprawą tytoniu, mają własne szkoły, a kobiety na co dzień chodzą w pięknych strojach ludowych. Odrębne państwa w państwie. Ale co warte pokreślenia – mówią po bułgarsku, nie znają arabskiego czy tureckiego, śpiewają bułgarskie pieśni i tańczą tradycyjne bułgarskie tańce. Ich kultura jest zatem ciekawym połączeniem islamu z bułgarską kulturą ludową). Rozpytujemy mieszkańców o pnące się nad wioską skały. Tak wkraczamy w świat lokalnych legend, jak np. ta o istotach dżiwanis pendżeri, które przesiadują na skalnych turniach i wypatrują samotnych wędrowców, a jeśli podasz im rękę, zabiorą cię do świata paralelnego. Mieszkańcy dzielą z nami swoimi tradycjami, rękodziełami i opowieściami z życia. Jedna z muzułmanek zaprosiła mnie na uzdrawiający rytuał odprawiany w pozostałościach po trackiej świątyni, rytuał spajający islam z orfizmem; inna – 92-letnia babcia Zejna, opowiedziała o przemilczanych w Bułgarii lekcjach historii, czyli o próbie wyplenienia islamu przez komunistów, a także zdradziła przepis na długowieczność. Nie zapomnę też jak w jednej z wiosek (Bułgarów chrześcijan) poznaliśmy miejscowego szamana Titka Łowcę Żmij, który zabrał nas do skrytej w górskim zboczu jaskini, gdzie zachowały się ślady po ludziach pierwotnych (nie prowadzi do niej szlak, nie jest w żaden sposób opisana czy oznakowana). Gdy udajemy się w końcu do naszego celu – skał, okazuje się, że mieszczą się tam pozostałości po trackich świątyniach (niekiedy nie prowadzą do nich szlaki, nie mamy też pewności, czy byli tam w ogóle archeologowie, za to aż nazbyt często natykamy się na ślady poszukiwaczy skarbów – największej bułgarskiej mafii). Przenika nas historia miejsca, a tchu odbiera otaczająca dzika przyroda i gdzieniegdzie poukrywane wśród górskich zboczy wioski. Docierają do nas niesione przez echo dźwięki dzwoneczków wypasanych na górskich halach owiec. Lub jak w okolicach Tetewen, gdzie podczas wędrówek towarzyszą nam półdzikie konie endemicznej rasy karakaczańskiej.